Czasem dzwonię do Rozpuszczalnika.
A on uparł się niektóre rozmowy publikować (coś wspomina o armatach z zatoki Saint-Tropez).
Ostatecznie, dlaczego nie ?!


poniedziałek, 15 października 2012

Czy kot koszerny jest czy trefny?


Kiedy zadzwonił Maurycy, odniosłem wrażenie, że nie jest sam. Zza jego hipotetycznych pleców dobiegał trudny do zidentyfikowania, chrapliwy oddech.
Co się za chwilę potwierdziło, bo mój krewki przyjaciel, zaraz po krótkim pytaniu pro forma o zdrowie rodziny, odgadł mój niepokój i wyjaśnił, że właśnie wpadł do niego Jurek Wkurzak z pewnym problemem: "zarówno osobistym jak i jeszcze bardziej publicznym niż dom publiczny".


Sprawdziłem, czy za moimi z kolei plecami nie kryje się progenitura i przeszedłem na nasłuch.
- Gówniarz Wkurzaka, jak mu tam dla uproszczenia, Dżessika, ...  
- Pierdul się ! - wkurzył się głos Wkurzaka - on Brajan się nazywa, a jego siostra nie Dżessika, tylko Andżelika.
- No i ten Brajan, jak dobrze pójdzie, załapie rok poprawczaka, a jego tatuś pojedzie karnie na naprawę dróg w Afganistanie.
- O kurwa ! - dobiegło z drugiego planu, który to plan jakby przesunął się w stronę słuchawki.
Postanowiłem nie przerywać głupimi pytaniami.
- Wiedziałem, że to ciebie zainteresuje, Rozpuszczalnik - nie zraził się moim milczeniem Maurycy. - Otóż mały Brajanek powiesił kota sąsiadki za tylne łapy i poderżnął mu gardło.
- I kot tego nie wytrzymał - wyrwało mi się i durnowato i niestosownie.
- Według Jurka, kastrat był z kota, ale oprócz tłuszczu na pięć kilo, muskułów miał na cztery, więc przed zgonem podarł skórę na Brajanku aż trzeba było zszywać.
- Kocham koty - wyrwało mi się, dla odmiany mądrze i stosownie.
- Sąsiadka poleciała na policję, no i Wkurzak musiał szukać odwokata.
- Na jego miejscu zatrudniłbym ze trzech - pozwoliłem sobie na pierwszą ekspertyzę.
- Ale najpierw zerżnąłem dupę smarkowi - podłączył się do konwersacji Wkurzak. - To wtedy ten chujek poleciał na "telefon zaufania 116-111" i teraz będę musiał sprzedać nowy rower, żeby mieć na papugę.
- Ścierwo masońskie i brukselskie chce nas do reszty pozbawić środków wychowczych - wzruszył się Maurycy. - Najpierw się zgłosił adwokat z firmy "Rappaport, Apfelbaum, Jabłoński" i zagwarantował, że ściągnie skórę z sąsiadki za, cytuję, "podrapanie dziecka kotem".
- Jak się wyraził, ściągnie za połowę wartości tej skóry. Z mety wywaliłem skurwysyna, bo człowiek jestem - dorzucił swoje résumé Wkurzak.
- A potem zgłosił się adwokat Wyrwicz-Zaporoski - nie dał sobie odebrać monopolu na narrację Maurycy - i właśnie w sprawie jego linii obrony chcemy zasięgnąć twojej opinii.


Zbliżała się piąta po południu i mogłem zwrócić się do kwadratowej butelki o przykrycie dna szklanki (zawsze bez lodu i innych popularnych ostatnio świństw).

- Linia obrony mecenasa Wyrwicza-Zaporoskiego jest następująca - na całym świecie, w identyczny sposób, mordowane są codziennie miliony zwierząt większych od kota i o podobnej inteligencji. Mam na myśli głównie woły i barany.
- Co do tej "podobnej inteligencji" zgłaszam obiekcję - nie wytrzymałem.
- Jeśli więc Brajan, to dziecko - kontynuował w imieniu mecenasa niezbity z tropu ani z nóg przyjaciel  - przez przypadek zapoznało się na internecie z techniką mordowania zwierząt zgodnie ze starozakonnym prawem Halacha i islamskimi wymogami halal, to jak to dziecko miało uniknąć naśladownictwa.
- Jeżeli więc ten niewinny Brajanek - przystąpiłem do drugiego etapu ekspertyzy - miałby być skazany w oparciu o kulawe prawo, ślepe wobec tych, co mordują masowo, a okrutne w stosunku do przedsiębiorczego Brajanka... ale, ale uwaga, jest jeden słaby punkt. Żydzi i muzułmanie zabijają, żeby jeść, a Brajan...
- … a Brajanek też - wydarł się Jurek Wkurzak. Tak głośno, że pewnie wyrwał z rąk Maurycego słuchawkę. - Mecenas poradził, no to wykopaliśmy kota, zaprosili świadków i zeżarliśmy go w potrawce. Do ostatniej kosteczki, kurwa. Do ostatniego wąsa.
Zemdliło mnie.
Sprawdziłem, czy nic nie mruczy u mnie pod stołem i od nowa zająłem się kwadratową butelką. Z umiarkowaniem.

- Ja wam powiem tak - odważyłem się zająć ostateczne stanowisko. - Albo w całym świecie formalnie zabroni się halalowych i koszernych okrucieństw (14 - 20 minut męki z zachowaniem świadomości), albo proceder będzie trwał. W drugim przypadku sąd będzie musiał logicznie ograniczyć się do reprymendy. W pierwszym jednak, Brajan beknie i będzie to cena zmiany stosunku świata do archaicznego procederu uprawianego przez dwie religie, które w pewnych aspektach nigdy nie opuściły pustyni z czasów przedlodówkowych.
- No i niech kurwa będzie - zaskoczył mnie i Maurycego Wkurzak. - Mogę w więźniu dziecko zastąpić. Tylko muszę mieć celę bez typów głosujących na Palikota.
- Możesz trzymać w spodniach pokrywkę z garnka - ulitował się Maurycy. - Przy dupie, naturalnie.
- A jakby pan, panie Wkurzak - ulitowałem się i ja - uznał się, zgodnie z gender studies i przykładem Grodzkiej, za kobitkę, to może by pana wsadzono do celi z kobitkami.
- A jak trafi na lesbijki ? - nadwątlił moje rozumowanie Maurycy.
- A co one mogą mi zrobić ? - rozjaśnił się Wkurzak.


Nie taki ten Wkurzak głupi.
Co do mnie, to jeśli przyjdzie mi zawrzeć jakąś nieprzewidzianą i niepożądaną znajomość z tą, jak jej tam - Temidą, to zwrócę się do mecenasa Wyrwicza-Zaporoskiego.
Na sto procent.




Post scriptum
 






 
 


Koszer: Dopuszczone do spożywania jest mięso zwierząt posiadających "rozszczepione kopyto" i przeżuwających, stworzeń wodnych posiadających płetwy i łuski, niektórych gatunków szarańczy.
( Tę informację zamieszczam do wiadomości tych kotów, które nie mają płetw ani łusek.)

R.


niedziela, 20 maja 2012

Niezupełnie stosowna aluzja do palikociej apostazji




Siedzieliśmy przy piwie z Maurycym, kiedy rozeszła się wiadomość o wstrząsającym akcie apostazji. W roli apostaty miał wystąpić światowej sławy mąż stanu Palikot Janusz.

Spojrzałem na przyjaciela, a ten obojętnie splunął w rabatkę.
I byłoby się na tym skończyło, gdyby nie nawinął się Jurek Wkurzak. Wściekłbym się, gdyby on również napluł w bratki, ponieważ mam do nich od dzieciństwa rodzaj sentymentalnego przywiązania - kwiatki te, nie tracąc nic na przyrodzonej skromności, umieją śmiać się do życia jak żadne inne, wliczając lewkonie i żonkile.

Z tym większą ulgą przyjąłem Wkurzakową zapowiedź anegdoty à propos. Uprzedzam, że dosłuchałem jej do końca i że za chwilę zacytuję ją w pełnym brzmieniu. Niech osoby ograniczające się w życiu do zaakceptowanej przez krakowską kurię listy brzydkich wyrazów, z najbrzydszym w postaci "motyla noga", podążą gdzieś w dal, najlepiej za jakimś moralnie strawnym linkiem.
  
Zdarzyło się oto, według Wkurzaka, że po długotrwałych zalotach ze strony samca mrówki, pewna słonica zdecydowała się mu oddać. Do aktu seksualnego doszło po kwadransie mrówczej wspinaczki. Po dalszej godzinie właścicielka trąby i grubej skóry jęła się niecierpliwić, potrząsać zadkiem i zadawać niezręczne pytania w rodzaju "E, ty tam z tyłu, czy ty masz zamiar kończyć, bo ja i tak nic nie czuję?".
Ponieważ nie ma na tym świecie mężczyzny zdolnego wytrzymać podobne upokorzenie, więc i w mrówce się zagotowało, i jak ona nie ryknie: "Stój kurwo, bo na śmierć zajebię!".

Na tych słowach Wkurzak urwał i widząc brak reakcji z naszej strony zdenerwował się i rozpiął pod szyją koszulkę polo. Popatrzył to na na mnie, to na Maurycego, dwukrotnie zapytał "Aluzju poniał?", po czym sam nie tylko zamilkł, ale nawet sobie poszedł.





Bo też co mieliśmy mu powiedzieć?
Że anegdota doskonale oddała proporcję między palikocią deklaracją a Instytucją?
Że nie takich gierojów Kościół polewał z węża dla otrzeźwienia?
Że historyjka była, być może, trochę przeseksualizowana?
Że Kościół to nie słonica, a brzydkie wyrazy należało zostawić na wycieraczce przed sawanną?

Z drugiej strony, może to i lepiej, że Wkurzak sobie w porę poszedł.
Bo co racji miał, to miał.

czwartek, 22 marca 2012

Jak kobieta mądra, to mądra, ale jak baba durna - to durna do kwadratu




Upierając się przy tym stwierdzeniu, niewiele ryzykuję - czytelniczki moich felietonów są bez wyjątku mądre.
Mój krewki przyjaciel Maurycy ma w nawiązaniu do tytułowej kwestii kilka formuł. Nie ośmielę się zacytować żadnej, ale przypomnę, że kilka lat temu, doprowadzony do rozpaczy lekturą niewieścich wypowiedzi na swoim forum, wystąpił z wnioskiem, żeby każda białogłowa, do której pasuje "Litania ku czci P.T. Matrony Krakowskiej" Boya-Żeleńskiego, była uduszona, albo chociaż przechowywana w izolatce wyposażonej w druty i kłębek wełny.
Teraz, kiedy nie sposób otworzyć telewizor, żeby nie ujrzeć co najmniej jednej baby plotącej jak Piekarska na mękach, pewny byłem, że Maurycy nie wytrzyma.
No i nie wytrzymał. Wielokrotnie zresztą - tyle że, w związku z łatwym i niekontrolowanym dostępem córek do internetu, zakazał mi publikacji swoich myśli.
Po wczorajszej rozmowie, postanowiłem jednak ujawnić pewien list i pewną listę, zwłaszcza że jedno i drugie wyszło z ust i spod pióra Jurka Wkurzaka.
Relację z rozmowy z Maurycym utrzymam w czasie teraźniejszym, tak jak się odbyła.

- Pamiętasz Jurka Wkurzaka?.
- Dobry wieczór! - odpowiadam.
- Nie chcesz chyba, żebym tracił czas na grzeczności i pytał o zdrowie żony i inne tam duperele! - wybucha słuchawka, zaskoczona zapewne przez moje zniecierpliwienie, które z nudów przebrało się za perfidię.
- Moja żona ma się dobrze - gaszę pożar, nie zstępując o więcej niż o jeden stopień na schodach naszej starej przyjaźni. - No i co ten Wkurzak?
- Wkurzak przysłał mi maila z listem baby do synalka - przechodzi do porządku dziennego nad moją nielojalnością Maurycy. - I uparł się, żebym zgadł, który potwór to wypracowanie napisał. Miał się nawet założyć ze szwagrem, że odgadnę. A ja mam kłopot, bo każde nazwisko pasuje.
- Co to za lista? - zaciekawiam się.
- Środa i inne. Podam ci później. Najpierw przeczytam, a ty spróbuj zatonąć w mądrości.
- Poczekaj, tylko coś sobie naleję.
Nalewam i słyszę brzęk szkła z drugiej strony.
A potem głos przyjaciela:

Piszę do ciebie kilka słów, żebyś wiedział, że do ciebie piszę. Jeśli otrzymałeś ten list, to znaczy, że doszedł. Jeśli nie doszedł, to daj mi znać, a wyślę ci go ponownie. Będę pisała ten list wolno, bo wiem, że ty szybko nie czytasz.

Ostatnio tatuś przeczytał wyniki ankiety, z której wynika, że do większości wypadków dochodzi o kilka kilometrów od domu, w związku z czym dokonaliśmy przeprowadzki trochę dalej.

Nowy dom jest super - mamy w nim maszynę do prania, ale nie potrafię powiedzieć czy ona właściwie działa. Wsadziłam do niej bieliznę, pociągnęłam za łańcuszek i wszystko zniknęło. Szukam teraz instrukcji obsługi.

Pogoda nie jest tu taka zła. W ubiegłym tygodniu padało tylko dwa razy. Raz przez trzy dni, a raz przez cztery.

Jeśli chodzi o płaszcz, to wujek Piotrek powiedział, że jeśli go wyślę razem z ciężkimi guzikami, to opłata będzie wysoka. No to odcięłam guziki i wsadziłam je do kieszeni.

Tatuś znalazł pracę i ma pod sobą 500 osób. Kosi trawę na cmentarzu.

Twoja siostra Julcia wyszła za mąż i czeka na radosne wydarzenie. Nie znamy jednak płci dziecka, czyli nie mogę ci jeszcze powiedzieć, czy będziesz wujkiem czy ciotką. Jeśli to będzie dziewczynka, to Julcia chce ją nazwać tak jak mnie. Dla mnie to będzie trochę dziwne wołać na jej córeczkę "mamusiu".

Twój brat Jasio miał poważny kłopot. Zamknął samochód i zostawił klucze w środku. Po zapasowe klucze musiał na piechotę wrócić do domu i dopiero wtedy wyciągnął nas z samochodu.

Jeśli będziesz miał okazję widzieć kuzynkę Monikę, to przekaż jej moje pozdrowienia. Jeśli jej nie spotkasz, to nie pozdrawiaj.

Mamusia

PS: Chciałam ci wysłać trochę pieniędzy, ale niestety zakleiłam już kopertę.

- A teraz Wkurzakowa lista potencjalnych autorek - nie daje mi czasu na spokojne przeżywaniu wzruszającego tekstu Maurycy. - Nowicka Wanda, Środa Magdalena, Grodzka Anna, Szynszyl Joanna, Szczuka Kazimiera, Doda, Biedroń Robert,...
- Dosyć - wołam. - Wiem wszystko.
- I jeszcze 20 nazwisk...
- Zanim ci podam źródło śmisznego tekstu, krótki komentarz: Mąż Nowickiej trawy nie kosi. A zresztą tego męża nie ma. Córka Środy nie nazywa się Julcia. Z tego co wiem, Anna Grodzka nie rodziła i nie będzie. Szynszyl nazywa się Senyszyn, a na dzieci jest za młoda. Szczuka sprawia wrażenie czekającej na partenogenezę, czego w każdym razie życzę wszystkim jej męskim znajomym. Doda - najiteligentniejsza z nich wszystkich - nie potrafi pisać wolno. Co do Biedronia, to powiedz Wkurzakowi, żeby go wygumował, bo jak nie, to Palikot go podrapie, a sędzia wyśle do męskiej celi. A tak naprawdę, to ktoś przetłumaczył na polski tekścik Une blonde écrit à son fils, wędrujący po francuskim internecie od nie wiem kiedy.
- Ale jak to kurwa wpada w głębokość intelektualnego nurtu obupłciowych uczestniczek wszelkiej Manify i każdej debaty w telewizorni! - zdumiewa się i entuzjazmuje Maurycy. - A że jak zwykle chodzi o blondynki, to nic dziwnego.
- Akurat żeby tę mechanikę pojąć, wystarczy przyjrzeć się brunetkom! - podsumowuję.


sobota, 21 stycznia 2012

Jaja po wiedeńsku, jajniki po krakowsku



- Mocak - zapowiada słuchawka i czeka.
- Co za "macak"? - szukam sobie krzesła. - Kto, kogo, gdzie?
- Nie "macak", tylko MOCAK, Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie - informuje mnie mój krewki przyjaciel Maurycy. Bez najmniejszego ozdobnika.
Robi się poważnie.
- Niech tam! - kwituję MOCAK. Z wypracowanym w ciągu lat lekceważeniem dla trzech czwartych sztuki współczesnej.
- O Brusie słyszał? - pyta przyjaciel.
- Więcej o Brusowej. Jak jej było... prokurator Helena Wolińska...
- Dokładniej Fajga Mindla Danielak, ale nie o nią ani o jej mężulka chodzi, tylko o tego Brusa, co - jeśli wierzyć Bibule - uprawia przy świetle dziennym "akcjonizm wiedeński".
Przeszukuję pamięć i wobec porażki wysyłam Maurycemu zainteresowane chrząknięcie. 

- Günter Brus potrafi na przykład publicznie szczać do szklanki i pić.
- To mu na to ortodoksi pozwalają w Izraelu?
- W jakim Izraelu! - podskakuje słuchawka. - Brus to Austriak.
- Skąd wiadomo, że Austriak?
- Bo jak przed widzami wali konia i rzyga, to śpiewa austriacki hymn narodowy.
- Kiedyś by go powieszono. A teraz każdy naród ma to, na co zasługuje. A co jeszcze ptaszek wyprawia?
- Ptaszek? Ptaszka wystawia. A poza tym smaruje się w towarzystwie gównem!
- Nieźle ta sztuka musi śmierdzieć - wskakuję w skórę krytyka sztuki współczesnej.
- Za to pecunia, kurwa, non olet - z lekka modernizuje przyjaciel znaną opinię Wespazjana.



Maurycy myśli pewnie o bezzapachowych pieniądzach, bo zapada kilkusekundowa cisza. Korzystam z przerwy i formułuję pytanie: "Stary, a po cholerę ty mi zawracasz głowę gównem jakiegoś Brusa?".
- Bo Jurek Wkurzak dowiedział się od żony, która
jest piśmienna i oczytana, że ten MACAK z Krakowa...
- MOCAK - teraz ja koryguję szyld muzeum...
- ... że ten MOCAK od listopada wabi klientelę na wystawę "Przeciwny biegun społeczeństwa". Na Youtube widać co za menażeria tam łazi...
- OK, i co?
- Otóż Jurek Wkurzak doznał olśnienia i jest gotów osobiście srać na Brusa, żeby artysta podczas każdego swojego performance mógł poświęcić rozmazywaniu 100 procent sił artystycznych i fizycznych. Chce tylko 200 € za wyst
ęp. No to pomyślałem, że ty, ze swoim arystokratycznym nazwiskiem Rozpuszczalnik, sroce spod spódnicy nie wypadłeś i mógłbyś się w Krakowie zakręcić, żeby Jurek do Brusa dotarł. Żona Wkurzaka siedzi nocami na internecie i mówi, że teraz w Krakowie im lepsze nazwisko, tym większe palantino.
- Palatino jest w Rzymie - wrzucam i słyszę, że nie chodzi o Monte Palatino, tylko o palantino, termin pochodzący od palanta.
- Certo certo - nie wiadomo dlaczego reaguję włoszczyzną.

Po czym sucho odmawiam.
- Tak też myślałem - nie upiera się Maurycy i informuje, że musiał się do mnie zwrócić, bo obiecał to Wkurzakowi, "który przecież nie tylko postawił mu butelkę ginu Bombay Sapphire, ale rycersko wziął udział".

* * *



 


Maurycy stawia ostatnią kropkę, a ja dumam nad przyniesioną mi przez GOOGLE nowiną, że dyrektorem Muzeum Sztuki Współczesnej w Krakowie (MOCAK, od ang. Museum of Contemporary Art in Kraków) jest Maria Anna Potocka.

"Maria Anna Potocka, z domu Socha" - powtarzam i przychodzi mi myśl lekkopółśrednie pytanie, czy do tej wystawy by doszło, gdyby było odwrotnie.
Qui sait.

A co do miasta...
Tak, jak nie od razu stary Kraków zbudowano, tak pewnie nie od razu nowy Kraków padnie.

środa, 16 listopada 2011

Chodzi lisek koło drogi oraz próba odpowiedzi na pytanie, czy klapa Kazimiery Szczuki ma zamek


Aby nie zajmować się więcej stale rozwartymi wargami telewizyjnej muzy Szczuki Kazimiery, odpowiem na tytułowe pytanie negatywnie. Jeszcze nikomu nie udało się zamknąć tej kobitki przez jakąkolwiek formę tradycyjnego Shut up woman!
Jeśli ktoś skonstatował minutową choćby nieaktywność jej strun głosowych, niech sobie wypisze i podpisze w moim imieniu dyplom. Ja tymczasem wrócę do spraw poważniejszych.

Chodzi lisek koło drogi
Cichuteńko stawia nogi,
Cichuteńko się zakrada,
Nic nikomu nie powiada.


Wygląda na to, że program Tomasza Lisa, dotyczący Marszu Niepodległości 2011, oglądał nie tylko Maurycy, ale i Jurek Wkurzak, znajomość Maurycego "jeszcze z wojska".

Maurycy ma zasłużoną opinię osobnika nie przebierajacego w słowach, ale Wkurzak przebiera jeszcze mniej, i to w słowniku nie przekraczającym 200 słów. Miałem się co do tego przekonać po tym, jak TVP POLONIA ukazała Lisową audycję.

Niecierpliwość dzwonka telefonu dała się wyjaśnić już po pierwszych zdaniach Maurycego, któremu żadne formuły grzecznościowe jak zwykle nie przyszły ani do głowy ani do ust.
Nigdy, bądź prawie nigdy nie tłumaczę wyrażeń Maurycego na eufemizmy, ale wobec Wkurzaka żadnych zobowiązań nie mam, więc nadam jego wypowiedzi formę przyjętą w domu z palmą i pianinem:
- Jurek Wkurzak - rozdarł się do słuchawki Maurycy - utrzymuje, że trzeba być złamanym penisem, żeby zapraszać do studia niezbyt rozgarnięty żeński organ płciowy z metką Szczuka, oraz jakiegoś końskiego członka sterczącego z kutzyka, po którym od lat łażą muchy i wreszcie kompletnie niezorientowanego w sprawie cyrkowca.
Wypadało zareagować. Choćby przez szacunek dla przyjaciela (Czytelnik zdaje sobie sprawę, że na żywo wciąż miałem do czynienia z Wkurzakową wersją oryginalną).
- Hmm, jeśli się dobrze zastanowić, to Wkurzak oko ma i pewnej ostrości spojrzenia odmówić mu nie sposób... - zacząłem ostrożnie, licząc się z możliwością publikacji rozmowy.
- Wkurzak utrzymywał - nie dał sobie przerwać Maurycy - że cała ta telewizja warta jest obrzezanego męskiego organu płciowego, z racji licznych nadżerek przypominającego fujarkę, a należącego do syna niewiasty o lekkich obyczajach. A ten Lis, który jest obiektywny jak kruk na kupie ścierwa, zaprasza już to "Jacka-włosy z nosa", już to profesora o niekonwencjonalnej orientacji seksualnej, już to profesorkę o głosie jak sprężynowe łóżko w hotelowym pokoju na godziny, już to...
Przyznam się, że w tym momencie straciłem kilka słów z powodu szczególnych starań związanych z utrzymywaniem szyjki butelki nad szklanką. Sam siebie potępiłem nie tyle za nielojalne zachowanie wobec Maurycego, co wobec Wkurzaka. Uznałem jednak, że co się stało, to się nie odleje, więc postanowiłem wobec braku ciągłości urwać:
- Ok Maurycy, ja również żadnej estymy ani dla opiekunów Nergala ani dla Lisa Tomasza nie mam, stąd...
- Hola! - rozległo się w słuchawce - daj mi dojść do słowa!
Wypadało dać.
- Ja ci, Rozpuszczalnik, powiem, co ja naprawdę myślę.
Dolałem sobie.
- Czy według ciebie Lis jest idiotą?
- Idiotą?... nie - odpowiedziałem.
- Czy gdyby Lis pracował dla lewactwa, dla amatorów Murbana i Uchnika, oraz dla wszelkich innych odchodów cywilizacyjnych spod znaku obu ciemnych gwiazd, to byłby tak durny, żeby zapraszać do studia potwory obłudne, mętne, durne i tak lepkie, że pewnie trzeba krzesła po nich czyścić Cillit Bangiem?

- Może innych chętnych nie ma? - bąknąłem.
- A jakże! - mało nie wysadził mi w powietrze trąbki Eustachiusza Maurycy. - A skąd by się wzięło tyle kurestwa w zamaskowanej "kolorowej niepodległej"!?
- Czuję, że do czegoś zmierzasz - ubrałem w słowa narastające podejrzenie.

- Otóż Lis - nie dał zagadce dojrzewać przyjaciel - Lis to Konrad Wallenrod. Ponieważ umie czytać i pisać, oraz nie da się mu odmówić pewnego sprytu, to nie można przyjąć założenia, że jest jednocześnie osłem, zdolnym kompromitować sprawę, której służy i jawnie srać na rękę, która go karmi.
- Być może "nie można".
- Albo "nie można" albo "być może" - wydarła się słuchawka. - No i ja ci mówię, że Lis robi więcej dla Polski niż "patrioci" zakładający kolejną partyjkę, żeby z okazji wyborów udawać prawicę i moczyć Polakom jaja w letniej wodzie.
- ….moczyć Polakom w letniej wodzie... - powtórzyłem w zadumie.

- Tomasz Lis pracuje dla nas! - podsumował Maurycy (zacytowałem jeden wykrzyknik, ale było ich co najmniej dziesięć).

Po czym się rozłączył.









Czy mnie swoją hipotezą zaraził? Postanowiłem zdać się na rozwiązanie z pozoru tylko ambiwalentne. Zachowam więc poglądy z exposé Jurka Wkurzaka, ale jednocześnie będę próbował identyfikować naukowe znamiona wallenrodyzmu w zachowaniu Tomasz Lisa. 
W jego zachowaniu i na jego obliczu.


środa, 14 września 2011

Kto mi schował krawat?!

Jednej ze swoich powieści Szwajcar Gottfried Keller nadał tytuł "Kleider machen Leute", co się przekłada na "Strój czyni człowieka". Strój może godność dać i powagę odebrać. Może człowiekowi wyszarpać z wnętrza skrywane intymności, może upiększyć i zeszpecić, może wpłynąć na osobowość, kiedy nadchodzi echo podziwu lub pogardy.
Jednego nie może - zrobić z człowieka kompletnego idioty.
Idiotą lub idiotką trzeba już być.

Na temat sposobu ubierania się zadzwonił do mnie właśnie mój krewki i nieprzebierający w słowach przyjaciel Maurycy.

Przed rozmową nadesłał mi mailowo kilka obrazków.






- Obrazek nr 1 - zarządził, kiedy podniosłem słuchawkę.

Zareagowałem, ale przez wzgląd na Czytelnika i chwilową obecność w pokoju Mme Ropuszczalnik, reakcji tej nie nagłośnię. Ograniczyłem się do zapytania o tytuł.
-Tytuł? - odbrzmiał Maurycy - "Dandys polski Anno Domini 2011".
- Widzę tu ostatnie dumne dwudziestolecie, poczęte w ramach zbiorowego seksu politycznego i chlania wódy w Magdalence - nie zawahałem się naruszyć zasad poprawności politycznej.
- I tu masz, kurwa, niestety rację - melancholijnie potwierdził przyjaciel.
- Ale patrz - jąłem polewać ognisko oliwą - Wolności ślady na wrażliwych twarzach widzę. Wiarę widzę w wartości wyższe, zaufanie do przyszłości widzę, mądrość widzę i patriotyzm. Szlachetność i poczucie narodowych więzi widzę. Zdolność do akcji i pracy u podstaw widzę...
- .. chuja widzę... - przedłużył sekwencję Maurycy.


- A co to? - zapytałem, gdy przyjaciel nadesłał nowy obrazek.
- Wiesz, dzisiaj bym w te ubranka nie wskoczył - zwierzył się Maurycy - ale jaka w nich godność!
- Polskie stroje, polskie zbroje, polska historia - zamyśliłem się.
- Popatrz jeszcze na to - wtargnął do tych moich myśli przyjaciel, z nowym zestawem symboli.







- Bóg, Honor i Ojczyzna. Gdybym to wyrecytował dzisiaj w telewizji - poddałem się nastrojowi - to najpierw usłyszałbym parę polipowatych ochów i achów ze strony klimakteryjnych ciot rewolucji, jak zwykle pozbieranych w kupę do jakiegoś "jury", a potem matołkowaty śmiech publiki. Tej "młodej i wykształconej, z dużych miast".

- Gówniane pokolenia. Co najmniej dwa - pokolenie gówniarzy i nasza generacja, sto razy bardziej winna. Pryszczatym daruję, ale starym nigdy - zawziął się Maurycy.













Usłyszałem charakterystyczny dźwięk z drugiej strony linii, więc nalałem i sobie.

- Popatrz, na marginesie, na tę kretynkę, ona sobie sama zasłania oczy. Ze wstydu pewnie. Kozaczki w środku lata - tym razem ja posłałem Maurycemu aktualny "kanon mody".

 - Nie chciałbym być w pobliżu, kiedy z nich wyciągnie spocone łapy - otrząsnęła się słuchawka. - A gdyby tak spróbować wrócić do cywilizacji ludzi białych...
- To znaczy?
- Odnaleźć krawaty i zacząć nosić się poprawnie!
Zabiło mi serce.
- Z krawata sztandar? Oni ubrani jak przedwojenny litwak bałaguła albo inny skrzypek na dachu, z rubachą na spodniach, a my jak ludzie!
- Jak mężczyźni...
- Rap do rynsztoka!
- Graffiti do dworcowego sracza!
- Niech żyje krawat!
- Niech żyje muszka!

Pomyślałem, że licytację filozoficzno-ideologiczną łatwo zacząć. Ale nasza licytacja na tym się skończyła. Jest bowiem czas na wrzask i jest czas na akcję.
- Gdzie ja pochowałem krawaty? - zapytałem żonę.

A kiedy Mme Rozpuszczalnik popędziła do komody, przyszło mi na myśl, że pewnie tym samym pytaniem Maurycy zaskoczył swoją Husię.

Ilu pójdzie za nami?
Krawat - materia lekka.
Ale skutki...

poniedziałek, 5 września 2011

Wybory. Partia z narodem. Partia in vitro, naród w gumie.

- Cześć Maurycy - szukam sobie krzesła.
Słuchawka zanosi się szlochem. Płacze Husia, żona mojego krewkiego przyjaciela.
- On powiedział, że jestem durna jak robak.
- Przecież... nie jesteś - ładuję w odpowiedź maksimum przekonania.
- Jest, jest - dochodzi do szamotaniny po drugiej stronie.. - Ona słucha mamci, a mamuśka Napieralskiego.
No to durna jest.

- A tak dokładniej? - pytam.
- Napieralski chce, żeby podatnik płacił za mokre figle.
- Za jakie figle! - słychać z trzeciego planu oburzoną Jebcię. - Za antykoncepcję i za in vitro.
- Jakby kurwa związku nie było! - zagłusza ją Maurycy.
Zaczynam być zdezorientowany.
- Stara chce, żebyśmy sobie coś dorobili in vitro, bo według niej, to przyjemnie jak państwo płaci. A na cholerę mi w szklance, jak nie potrzebuję.
- Ten temat mi podnosi ciśnienie - zaczynam...
- Za parę głosów te sukinsyny chcą dobić ZUS i napaskudzić w budżet państwa... - ani myśli czekać na koniec mojego zdrowotnego biuletynu Maurycy.
- Kto tam jeszcze w tym SLD i okolicach został? - mszczę się za przerwanie.
- Już ci wysyłam zbiorczy obrazek.


- Collage nieźle ci wyszedł - komplementuję przyjaciela. - Mordy razowe, próżne, beztroskie, bez śladu odpowiedzialności.
- Ile taniej byłoby, kurwa - drze się Maurycy - gdyby zamiast fundowania drogiej antykoncepcji, wprowadzili znaną, tanią i skuteczną na sto procent sterylizację męską. I żeby kurwa zaczęli od siebie.
- Znasz taką metodę?

- A jak! - bije ze słuchawki entuzjazm. Dla kierownictwa Sojuszu Lewicy Demokratycznej jak znalazł. Już ci wysyłam dokumentację w postaci rysunku technicznego.















Nie da się ukryć - dokumentacja wprawdzie zwięzła, ale wszystkie detale są i widać, że to będzie działać.



- Patrz, jak się licytują - hałasuje przyjaciel. - Potem ich przechwałki będą bezprzedmiotowe.
 



W istocie, widzę, jak Kwaśniewski przebija chełpliwego Kalisza, ale ten się nie daje i tak fantazjuje, że aż się poci.

- Co zaś się tyczy in vitro - traci hamulce estetyczne Maurycy, ale nie sprawność językową - to zamiast robić kupę rodzeństwa i, prócz jednego, wybijać co do nogi, to lepsza byłaby ta metoda.

Oglądam obrazek z osiągnięciem medycyny francuskiej.










Jakkolwiek metoda pachnie humanizmem i niskimi kosztami, to jednak coś mi w niej przeszkadza.
- Maurycy - mówię - koniec z wygłupami. Zdaje się, że ocieramy się o granicę...

Ale ze słuchawki dobiega intensywna cisza.
Husia może i durna jak robak, ale...
A zresztą!