Czasem dzwonię do Rozpuszczalnika.
A on uparł się niektóre rozmowy publikować (coś wspomina o armatach z zatoki Saint-Tropez).
Ostatecznie, dlaczego nie ?!


środa, 5 stycznia 2011

"Złote żniwa" i żniwo w złotych







Kiedy na wyświetlaczu zobaczyłem "Maurycy", natychmiast zamknąłem drzwi i już chciałem słownie wstąpić w stosowny klimat, kiedy uczułem na ustach niewidoczną dłoń.

Błogosławiona ręka, bo usłyszałem dziewczęcy głosik w wieku licealnym.
- Dzień dobry! - odpowiedziałem. - Czyżby tatuś uległ grypie?
- Pokusie uległ - odpowiedziało przytomnie dziecko. - Zabrał siekierę i poszedł na ryby. W walonkach.

(Ponieważ notorycznie gubię się w imionach żon i progenitury przyjaciół, to nazwę rozmówcznię "Lilka" i będę się tego trzymał. Aż do ostatniej linijki .)

- Zaraz pan zapyta, czemu zawdzięcza mój telefon - zaprezentowało dziecko przytomność umysłu i dobre maniery.
W istocie, miałem zamiar.
- Zamieniam się w słuch - odpowiedziałem i się zamieniłem.


Otóż pani w szkole nakazała dzieciom "użyć wszystkich środków internetowych, zapoznać się z najnowszą książką Jana Tomasza Grossa pt. Złote żniwa i w ciągu trzech dni wyrazić opinię w formie wypracowania". Ponieważ żadna z uroczych i szczęśliwych córek Maurycego nie miała pojęcia, że coś takiego jak "sławny historyk z Princeton" istnieje, to Lilka tout naturellement zwróciła się o pomoc do tatusia. Już chciałem zapytać, jak tatuś zareagował, ale ugryzłem się w język. Ze swojej strony Lilka musiała też się ugryźć, bo ograniczyła się do komunikatu, że tatuś nie powiedział "nie".
Maurycy miał, według córki, w komputer posłusznie stukać i coś do siebie mówić. Aż wciągnął wspomniane walonki, splunął po drodze w śnieg, i tyle go było.


Lilka, zaciekawiona tatusiową publicystyką, pozwoliła sobie zajrzeć do zbioru o nazwie ZAKAZANE PIOSENKI, w którym Maurycy miał trzymać teksty do przeczytania dopiero "po jego śmierci".
- No i teraz, proszę pana Rozpuszczalnika, chciałabym panu to tatusiowe wypracowanie przeczytać, bo boję się, że ono jest nie bardzo na temat - przedstawiło dziecko rzeczywistą genezę swojego telefonu.

Zacząłem się bać. Pomyślałem, że jeśli Lilka przeczyta na głos całość, co do literki, to jej czcigodny tatuś straci prawo do strofowania jej za słownictwo przyniesione ze szkoły. A jeśli dziewczę taktownie pewne słowa i zwroty przeskoczy, to ja nic z tekstu nie zrozumiem. Wobec powyższego poprosiłem Lilkę, żeby wysłała mi tatusiowe wypracowanie mailem.


Kiedy zacząłem lekturę dzieła "Co myślę o ostatniej książce historyka Tysiąclecia, prof. dr. hab. Jana Tomasza Żniwiarza", przypomniałem sobie, że Maurycy nałożył na komputer mocny pas cnoty i pomyślałem, że niezły jest z Lilusi hacker.


Wypracowanie przyjaciela okazało się jednocześnie na temat i nie na temat.
Z tym paradoksem - sam sobie Czytelnik za moment poradzi.
Co mnie osobiście w tekście Maurycego zaskoczyło, to fakt, że poświęcił on lapidarność i jakby to powiedzieć...  typową dla siebie jędrną bezpośredniość na rzecz narracji wyszukanej, z różnymi fiorituri, pasującymi raczej do literatury z okresu międzywojennego, kiedy to ironia jeszcze lubiła sobie posiedzieć na jedwabnej poduszce, przy firanach mieszających półświatło aluzji i półmrok tajemnicy.


A oto wypracowanie:
Pani S., miała w swojej młodości epizod kurewski. Mąż przebywał za granicą, kiedy pozwoliła sobie na grę zrazu niewinną, potem na wciąż niewinny flirt, a wreszcie na kontakt, w którym flirt przestał grać rolę główną. Odurzona pochlebstwami pewnego donżuana, pani S. bezwolnie pozwoliła mu się przenieść z lekkiego powietrza, unoszonego przez wiosenny wiatr po alejach Parku Paderewskiego, w znacznie cięższe powietrze pokoju w jedynym w mieście hotelu, o dumnej nazwie "Centralny".

Pani S. obudziła się z miłosnego amoku prędko i o własnych siłach. Po kilku dniach snucia się po domu, narzuciła sobie program dezynfekcyjny - z każdą kąpielą usuwała z ciała i duszy fizyczne i psychiczne ślady upadku, zmieniła perfumy, na wszelki wypadek powtórzyła pokutę zadaną przez jezuitę, ojca Bonawenturę, odnalazła przyjemność spacerów po nadbrzeżnym bulwarze - i wszystko zakończyłoby się mniej więcej dobrze, gdyby nie Jan Judasz G., odrzucony przez nią w przeszłości nauczyciel historii, zarabiający ostatnio na życie jako autor rubryki towarzyskiej w lokalnym dzienniku.

Bez znaczenia jest, jak redaktor G. odkrył "prawdę" - ważne jest, że postanowił on nasycić zemstą swoją duszę, a owocami zemsty kieszeń.
Nic to, że baron V., były kochanek pani S., człowiek o manierach gentlemana, wielokrotnie przysięgał, że z panią S. łączyło go wyłącznie zamiłowanie do ornitologii - Jan Judasz G. tkał swoją sieć sadystycznie, z dyscypliną księgowego-impotenta i w każdym kolejnym artykule podawał nowe szczegóły, zaspokajające w gawiedzi i w towarzystwie te same najniższe instynkty, w przypadku towarzystwa ubrane w tiule, szyfony i woalki.

Pani S. zdawała sobie sprawę, że dni, a w najlepszym razie tygodnie, dzielą ją od towarzyskiej kompromitacji. A kiedy ostatecznie do niej doszło, przestała wychodzić z domu i popadła w otępienie, którego ciężka zasłona uchylała się tylko na widok przynoszonych przez służącą ciastek.


W świetle kodeksu Boziewicza, Jan Judasz G. - głównie z racji swojego niearyjskiego pochodzenia - nie mógł być przez barona V. wyzwany i uczciwie zabity. Sfrustrowany tym baron dwukrotnie obił go laską, ale nic nie było w stanie zatrzymać bydlaka w drodze do sukcesu medialnego i finansowego. Redaktor na tyle ubarwiał swoje artykuły opisami perwersji i ozdabiał mało ostrymi, za to śmiałymi fotografiami, że romansem pani S. zainteresowały się najpierw stołeczne pisma brukowe, a w końcu znane wydawnictwo "KIELNIA I CYRKIEL". Pozwoliło to Janowi Judaszowi kupić luksusowe mieszkanie i kąpać się z panienkami o różnych kolorach skóry.



Jak się ta cała historia skończyła?
Sukces Jana Judasza G. trwał jeszcze przez parę lat. Aż któregoś jesiennego dnia wpadł on pod tramwaj i zakończył swoje niecne życie banalnie, jak jakiś łopian, podeptany przez stado kóz.
Znam kogoś, kto utrzymuje, że 10 metrów bieżących jego, jeśli tak można powiedzieć, śmiertelnego łoża, śmierdzi nawet po gwałtownych deszczach. A rosnąca między szynami trawa pozostaje żółta bez względu na porę roku.
A pani S.? Jej mąż okazał się człowiekiem nadzwyczajnym. Oboje, podobno szczęśliwi, mieszkają gdzieś w Ameryce Południowej.

Teraz, kiedy swoją opowieść skończyłem, myślę, że nie była to historia "lubieżnej dziwki", jak ją prywatnie określał Jan Judasz G., tylko historia jego samego. Historia dziennikarskiej kurwy, utrzymującej się z literackiej prostytucji. Wszak kurwa, to charakter, a prostytucja - jedynie zawód.
Jak dobrze, że nie kazałem dziecku czytać.
Teraz wypadało zadzwonić.


- Rzeczywiście, wypracowanie tatusia na temat nie jest - oświadczyłem dziecku.
- Jeśli i pan tak uważa - westchnęła Lilka.
- To znaczy - zacząłem się plątać - trochę na temat jest i trochę nie jest. Pokazać go jednak swojej polonistce nie możesz. Chyba, że chciałabyś zmienić szkołę. O, mam pomysł - poproś, żeby ci pomogła babcia. Ona w tej materii będzie jeszcze lepsza od zaproszonych przez Tomasza Lisa gości. Nauczycielka będzie zachwycona, a ty zwymiotujesz dopiero, kiedy dorośniesz.


Palnąłem, ale dziecko wydawało się zaaferowane sytuacją i nie skojarzyło.
Wystarczy, że mnie zemdliło. Czytelnik, który pamięta, co wcześniej pisałem o Jebci, teściowej Maurycego - zrozumie.




A ja zająłem się swoimi sprawami.
Z nadzieją, że wyrąbywanie przerębli nieco przyjaciela schłodzi. W przeciwnym razie, jeśli podsunie którejś z córek swoje kolejne złote myśli na temat następnej złotej powieści "historyka Tysiąclecia" - to mu Ministerstwo Miłości odbierze nie tylko dzieci.