Czasem dzwonię do Rozpuszczalnika.
A on uparł się niektóre rozmowy publikować (coś wspomina o armatach z zatoki Saint-Tropez).
Ostatecznie, dlaczego nie ?!


piątek, 22 lipca 2011

Bikini, burkini...

- Zabiję Jebcię! - rozwrzeszczała się słuchawka.
Który to już raz teściowa mojego krewkiego przyjaciela Maurycego poniosła z jego rąk zasłużoną karę najwyższą...
- Za co tym razem? - skorzystałem z przerwy, jaką Maurycy poświęcił na ugruntowanie we mnie efektu deklaracji.
- Za burkini!

W związku z arbitralnym założeniem, że termin burkini może się niektórym Czytelnikom skojarzyć raczej z Burkina Faso niż z islamską burką i pozaislamskim bikini, przerwę relację z rozmowy telefonicznej z Maurycym i przerzucę most ponad pupami, od bardzo opalonych do nieopalonych ani trochę.










Bikini, wynalezione i opatentowane przez Luisa Réarda, zostało zaprezentowane publiczności przez sławnę "nagą" tancerkę, Micheline Bernardini, 5 lipca 1946 w Paryżu, na basenie Molitor. Jest prawdą historyczną, że 65 lat temu żadna zawodowa modelka nie chciała w nim się pokazać.
Czytelnikom urodzonym niedawno warto wyjaśnić o co chodzi - otóż bikini to dwuczęściowy kostium kąpielowy, złożony ze szczupłego i rozchylonego na boki stanika oraz majtek przypominających trójkąt. Stanik miał za zadanie zakrywać piersi, a majtki - pośladki oraz wszystko, co natura przykryła, jak by to powiedzieć, lasem.

Jeśli, strzegąc się przed wszelką lubieżnością, wniknąć nieco w definicję, widać, że bikini ma stosunkowo niewiele wspólnego ze stringiem, patrz następna fotografia. 




 String nie zmienił się od setek lat, a za dowód niech posłuży ten oto rysunek reporterski familii Indian karaibskich.
 

 
















Znane jest spostrzeżenie, że "kiedyś, aby ujrzeć pośladki, należało rozchylić majtki, a dzisiaj - żeby dostrzec majtki, trzeba rozchylić pośladki". Obserwację tę jeszcze lepiej od stringu ilustruje swoista odmiana bikini, zwana microkini, markująca ostatni moment w dziejach ludzkości, kiedy można było wypuścić dzieci na plażę, bez opasek na oczach.




Nie zdziwiłoby mnie, gdyby, z powodu microkini, producenci tekstyliów znienawidzili fabrykantów żyletek i innych depilatorów, a z powodu burkini - na odwrót.



Burkini jest fragmentem większej całości, którą dałoby się nazwać postępującą islamizacją Ziemi. A nawet - Postępującą Islamizacją Ziemi i zaakceptować przy okazji skrót PIZ.


Nie ma nikogo, kto nie zauważyłby istnienia debilnego stroju plażowego dla mężczyzn, rozpowszechnionego w naszej strefie kulturalnej przez Hollywood, a polegającego na noszeniu kolorowych kaleson plażowych, sięgających kolan. Tzw. normalny człowiek idzie na plażę, żeby się kąpać, opalać i ewentualnie uprawiać jakieś sporty. Jeśli niełatwo schnące barchany utrudniają jedno, drugie i trzecie - to jak nie mówić o idiotyzmie nosicieli, poddających się modzie równie kretyńskiej, jak noszenie dżokejek na odwrót, portek z krokiem poniżej kolan, niezasznurowanych "adidasów", etc. (w życiu nie zatrudniłbym w mojej firmie barana w czymś takim; jeśli któryś z Czytelników poczuje się w tym momencie obrażony, to tym lepiej dla niego).


Bez względu na to, jakiej religii był wynalazca męskich ineksprymabli plażowych (prawdopodobnie "handlowej"), zaśpiewał w jednym chórze z wyznawcami Mahometa.

Brytyjski The Telegraph stan rzeczy sprawdził i taki jest mniej więcej jego raport:

Muzułmanin jest zobowiązany chować w swoich majtkach całe ciało, rozciągające się od kolan do pępka (włącznie), a muzułmance nie powinno nic więcej z tkaniny wystawać, jak stopy, dłonie i wyraz twarzy, z oczami spragnionymi raju.


Nie pozostawało wyznawcom nic innego, jak zaakceptować męskie kretyństwo z Malibu i okolic, a swoim dziewuchom zaproponować coś, co znawcy orientalnych plaż już znają, a co nie miało dotąd nazwy handlowej. Roli wynalazczyni podjęła się australijska Libanka, Aheda Zanetti, reprezentująca firmę Ahiida (nie kojarzyć z "Ohiida"). Produkt został nazwany burkini (burqini) i jest noszony wszędzie, gdzie władze basenu - kierując się względami higienicznymi i estetycznymi - na to pozwalają. Niektóre baseny we Francji przed praniem w ich wodzie kupy tkanin się bronią i opuszczają szlaban. Jak to się skończy, zobaczymy. Prawdopodobnie likwidacją dróżników, tak bardzo zaawansowana jest wyżej wymieniona PIZ.



No i dobrze. Muzułmanki mają chwilowo za swoje.
Dlaczego jednak wściekł się reprezentujący zupełnie inną religię Maurycy? Wypada nastawić uszu:


- Ta wynurzana w błocie, piwie i tanich rozrywkach płciowych cholera (wyjaśniam - wciąż chodzi o teściową, niegdyś hippiskę, później amatorkę polskich i zagranicznych Woodstocków) dostała na starość pierdolca i zaczęła terroryzować moje córki we wszystkim, co mogłoby dotyczyć moralności na piasku.

Zacytowany przez przyjaciela termin burkini zaczął przeświecać przez zasłonę niedomówień.

- Czy ty wyobrażasz sobie moją starszą w czymś takim? Leć do kompa i patrz, co ci prześlę!

Nie mogłem nie usłuchać. Po drodze nalałem sobie z butelki pod nazwą Macallan.

Odebrałem to oto klasyczne zdjęcie burkini:



 Następnie nadeszła miniaturka niezupełnie muzułmańska.

 
- Przepraszam, kurwa - zawołał Maurycy. - To przez nieuwagę.

- Niech mu będzie, że przez nieuwagę - rozchichotałem się w duchu - Demon równowagi tchnie kiedy chce.

- O! Albo tej dżumie się wydaje, że moja młodsza mogłaby się pocić w czymś takim.









Biegnąca sylwetka musiała zainspirować przyjaciela, bo nagle się rozłączył.

- Dusić Jebcię poszedł - pomyślałem z nadzieją, że zmieni zdanie, ubierze teściową w burkini i tylko odetnie jej dopływ powietrza.


A potem oberwałem w plecy od Mme Rozpuszczalnik, której zaczęło przeszkadzać moje wpatrywanie się w miniaturkę, którą Maurycy nadesłał przez pomyłkę.

- Spodenki kąpielowe ci kupiłam - usłyszałem.

Coś we mnie zaskowyczało i poszedłem sprawdzić długość i materiał.



Rozpuszczalnik

poniedziałek, 7 marca 2011

Prawiczka.net i Fruzia.pl








Już prawie zapomniałem o tchórzliwej panience w osobie administratora Prawiczki.net ("buzia w ciup, rączki w małdrzyk"), kiedy zadzwonił mój krewki przyjaciel Maurycy. 
 
Zapachniało wydarzeniem, bo przyjaciel nie odzywał się od trzech tygodni. Jego milczenie dałoby się wytłumaczyć faktem, że objeżdżałem turystycznie pewien południowy kraj (a nawet mój kot wie, że telefon komórkowy parzy mi ręce, więc trzymam go z daleka od siebie) - fakt jednak pozostaje faktem - przyjaciel przestał milczeć dopiero dzisiaj.
Wypadało się rozsiąść, zajmując czymś wolną rękę. Najlepiej czymś do picia.

- I co? - odezwał się bez najmniejszego brzydkiego wyrazu Maurycy. - Forum Fruzi obywa się bez ciebie!
- O ile mi wiadomo - zareagowałem cierpliwie - to forum Frondy obywa się bez forumowiczów. Terlikowski jęczał, że portal został zaatakowany przez bezbożnych hackerów, po czym przestał jęczeć i Fronda zamilkła.
- Chuj prawda! - warknęła słuchawka. - Fruzia.pl nadaje i odbiera. Bez  naukowych znamion anemii.
(Przepraszam Czytelnika - miało być "Ch... prawda!".)
- Tia? Zaraz zobaczymy - odwarknąłem. Nie bez lekkiego skoku ciśnienia w klawiaturze.

Okazało się, że Maurycy miał coś ze wzrokiem.
- Nie ma Frondy - zatryumfowałem pośpiesznie. - Nie ma, nie ma, nic nie widzę.
- Jestem zbójcą krótkowidzem - dokończył Maurycy.

Zapadła między nami długa cisza, i im dłużej trwała, tym bardziej mentalnie przestawiałem się na słownictwo przyjaciela.
Po trzydziestu, czterdziestu sekundach usłyszałem wyczerpującą diagnozę:
- No to cię, kurwa, odcięli.
- No to mnie, kurwa, odcięli - zgodziłem się, nie przebierając w grzecznościach.
- Co było do przewidzenia - zabrzmiało w słuchawce. - Bo albo jeden admin sypia z drugim, albo zna jego numer telefonu, albo wreszcie obaj są rasowymi reprezentantami współczesnej polskiej hihi prawicy.
- … - zamilczałem w odpowiedzi.
- Ja ich widzę - rozpoczął beze mnie drugie okrążenie Maurycy - jak, w pończoszkach uciskowych na żylakach, podtrzymują się nawzajem i lezą środkiem ulicy ze strachu przed doniczkami i siusiu z balkonów....

I na tym nagle urwała się komunikacja. Wiedziałem, że pora na nowy stan wojenny jeszcze nie nadeszła, więc postanowiłem skupić się na tych punktach spraw publicznych, w których mnie one dotykały.
Administrator Prawicy.net, zapewne z czegoś niezadowolony, nigdy mnie nie ostrzegł ani nie wyjaśnił powodu, dla którego nie tylko zawiesił moje konto, ale sprawił, że jego Prawica. net kłamie jak najęta, kiedy na próbę dostępu z Google pt. "Rozpuszczalnik - blog | Prawica.net" odpowiada "Rozpuszczalnik has not created any blog entries.".
Administrator forum Frondy okazał się jeszcze bardziej odważny, bo mi odciął możliwość podziwiania swojego faryzejsko-dewocyjnego pobojowiska, instalując filtr na mój IP. Mogłem bez trudu anonimowo zajrzeć za parawanik i zobaczyć, jak pod okiem Grzybowej z Plebanii kwitnie życie intelektualne, ale zapach tchórza był za silny, abym postanowił eksperyment powtarzać.

Tak sobie myślałem, kiedy od nowa zadzwonił Maurycy.
- Wiem, co myślisz - oświadczył
- A ja wiem, co ty kombinujesz - odpowiedziałem. - Owszem, podobnie jak na Prawica.net, tak na forum Frondy jest sporo dobrych autorów, ale skoro nawet oni zgadzają się z istnieniem cenzury, tym paskudniejszej, że anonimowej oraz politycznie i obyczajowo świętoszkowatej, to...
- To ch... z nimi! - wrzasnął Maurycy.
(Czytelnik zauważył, że tym razem wykazałem się refleksem i słowo "chuj" w porę wykropkowałem.)
- A przede wszystkim z miękkimi organami portalowej władzy, które powinny być mocne i sztywne! - dorzuciłem swój wykrzyknik.
- No to do jutra! - zakończył rozmową przyjaciel.
- No to do jutra! - zakończyłem rozmowę ze swojej strony.
Niepotrzebnie, bo w słuchawce było już pusto.

A potem rozsiadłem się jeszcze wygodniej. Głowę wypełniły mi szyderstwa. Mocniejsze od najgorszych wyrażeń ze Słownika Maurycego - "Prawica", "Fronda"....
Prawica, Fronda - piękne pojęcia.

Etymologicznie, fronde - to proca, ale myślę, że twórcom portalu chodziło raczej o pewne wydarzenia z historii Francji, o bunt przeciwko władzy posuniętej zbyt daleko. Kiedy to władza królewska stała się zbyt silna (Henryk IV, Ludwik XII, Richelieu, regencja z czasów młodego Ludwika XIV).
A tu... fru fru Fruzia...
Zapyziała Fruzia.pl, odważna zza węgła.
Fronda - proca.
Fruzia z gumki od majtek...




wtorek, 8 lutego 2011

Prawiczka.net

Kiedy słyszę głos zanim jeszcze podniosę słuchawkę, wiem, że dzwoni mój krewki przyjaciel Maurycy.
Wypycham wtedy progeniturę z pokoju i dla wejścia w nastrój przypominam sobie pośpiesznie, jakich to nowych uprzedzeń się nabawiłem.

- No i co, narobili w portki! - wydarł się dzisiaj Maurycy.
- Jak zwykle - odpowiedziałem rutynowo.
Żeby zyskać na czasie i spokojnie przełknąć ostatni kawałek koziego rocamadour, zapytałem jednak, o kogo mu chodzi. Dla pewności.

Chodziło o Prawicę.net - "portal publicystyczny, informacyjny i dyskusyjny", mający reprezentować, "opinie polskiej prawicy". Nie muszę dorzucać, że jeśli wspinałem się tam na stołek swojego konta i wygłaszałem różne opinie, to dlatego, że ten właśnie cytat mnie zwiódł.
Gdyby chociaż sprowadziła mnie na skały jakaś politycznie piękna i jędrna Lorelei...
Tymczasem zaraz po ósmej rano poczta elektroniczna przyniosła mi eleganckie w formie pismo, o treści jakby urzędowej:
Rozpuszczalnik,
Konto użytkownika PN - Rozpuszczalnik - zostało zablokowane.
Administrator PN
Z dopiskiem:
P.S. Pytania proszę kierować na adres admin@prawica.net
No to dla zwięzłości wysłałem potrójny, dobrze odżywiony znak zapytania.
Po czym zająłem się innymi sprawami, dając "Administratorowi PN" szansę powrotu na powierzchnię, po której pływają w swoich kajakach ludzie dobrze wychowani.

Wypada, żebym poinformował czytelnika blogu "Dzwoni do mnie Maurycy", co mogło wydarzyć się w ciągu ostatnich godzin w życiu Administratora PN, oraz co wydarzyło się w moim.

Otóż wczoraj, w poniedziałek 7 lutego 2011 r., napisałem i wystawiłem na światło dzienne tekst "Kto teraz odważy się schylić po mydło?".
Następnie - co mam ostatnio w zwyczaju - opublikowałem artykuł na stronie Prawica.net, w rubryce "Blog" i przez parę godzin tam zaglądałem, żeby się odnieść do ewentualnych komentarzy.
Przypominam, że temat dotyczył prawnych wyczynów dwojga reprezentantów HP (Homoseksualizmu Polskiego), reprentowanych przez radcę prawnego Jacka Ś.
Dosyć prędko liczba czytelników zbliżyła się do czterystu, a z gromady wyłonili się dwaj odważni i zdeterminowani dyskutanci, którzy szerokim łukiem ominęli temat i zabrali się za moją osobę.

Wyznam, że od razu poczułem się w okopach naszej bojowej i zjednoczonej prawicy. Jestem pewien, że Czytelnik nie będzie miał problemu z identyfikacją zapachu, w którym przeważa piżmo, czyli "wydzielina z gruczołów kołoodbytniczych piżmowca", która "po rozpuszczeniu w roztworze alkoholowym nabiera zmysłowego zwierzęcego aromatu".
Jednemu z polemistów nie podobało się moje "samouwielbienie", a drugiemu "wulgaryzmy" Maurycego. Nie wiem, czy moje wyjaśnienia coś dały, bo z racji znalezienia się poza murami portalu, efektu sprawdzić nie mogłem.

Wracam do telefonu.

- Wyjaśnień nie ma trzydziestu pięciu - uporządkował śledztwo Maurycy. - Albo administrator, albo właściciel strony jest pede.
- Maurycy - westchnąłem - jest jeszcze wiele innych hipotez. Być może kancelaria "Vibrator i Spółka" zadzwoniła z pogróżkami i przerażony administrator chciał mnie uratować przed twierdzą, a siebie przed kamieniołami.
- Gówno prawda - odrzucił pomysł Maurycy. - Taki durny, to on nie jest.
- A może - postanowiłem lewitować nad innymi możliwościami, nie omijając okrutnych - a może administrator jest pobożny? Może ślubował czystość za całą Prawicę.net i woła o sole trzeźwiące, kiedy ktoś powie "psiakrew"? A może uważa, że prawicowiec powinien być układny, jakiś taki rozrzedzony...
- ...jak sraczka niemowlęcia zrobionego in vitro - nie powstrzymał się Maurycy.
Udałem, że nie słyszę.

Trzęsło mnie od tych forumowych herosów, którzy nie żałowali kalorii na wzajemne przysrywania... ale kiedy pojawił się temat politycznie niepoprawny, przemykali tchórzliwie, z postawionymi kołnierzami, ukryci w cieniu kapeluszy. Za to, ilekroć temat był "bezpieczny", arena wypełniała się erudytami, każdy z metką Wikipedia.

- Coś mi się wydaje - zauważył Maurycy, jak na złość bez jednego brzydkiego wyrazu - że popularności na tym portalu, to ty już mieć nie będziesz.
- Ale to jest wszystko, co ja dla nich jeszcze mogę zrobić - wrzasnąłem. - Jeśli lemingi zgadzają się na cenzurę obyczajową marki PRL, to niech przynajmniej czegoś się o sobie dowiedzą.
- Nie powiesz mi, że nie ma tam mądrych ludzi i wartościowych pisarzy! - fuknął Maurycy.
- Są. Niektórzy wręcz znakomici. Ale... Maurycy, czy myśmy się przypadkiem nie zamienili, kurwa, rolami? - zdenerwowałem się na pokaz.
- Sprowokowałem cię, żebyś skanalizował emocje. Kto lubi jechać na Sybirek?!
- No to do jutra - zmiękczyłem głos. - Co pijesz?
- Macallan'a. - Ale z umiarem, jak nakazywał ksiądz prefekt.

Aż nagle Maurycy coś sobie przypomniał:
- Rozpuszczalnik, a pamiętasz ty doktora Świętoszka?
- Jasne - przeszukałem bazę danych. - Chirurg. Czasem zapominał się i łaził z rozpiętym rozporkiem.
- He he - ucieszył się Maurycy - on się nigdy nie zapominał. Już prawie na katafalku leżał, jak wyznał, że tak nie lubił swojego nazwiska, że wolał, żeby ludzie o nim mówili świnia niż świętoszek.
Tymczasem świnią Świętoszek nie był. Od biednego koperty nie wziął.

A na koniec przyszło mi do głowy łacińskie Sic transit gloria mundi.
Jak krótka potrafi być droga od Prawica.net do Prawiczka.net.
Wylecieć - to czasem robi dobrze na oczy.


poniedziałek, 7 lutego 2011

Kto teraz odważy się schylić po mydło?

- Powiedz "pedał"! - usłyszałem w słuchawce.
- A kto mówi? - przysunąłem sobie krzesło.
- Świeca mówi.
- Świeca nie mówi, tylko się pali - pozwoliłem sobie zauważyć.
- Nie tylko - odchrząknęła słuchawka. - No to powiedz "pedał".
Coś mi zaczęło świtać. Było o tym na Frondzie. Dwoje sodomitów poczuło się obrażonych przez Terlikowskiego i Krauzego, a pozew sformułował radca prawny Świeca.
Wypadało uważać. Człowiek nie wie, przed kim się otwiera, a poczucie humoru rozmówcy mogłoby się okazać kosztowne dla mnie.

- "Pedał rowerowy" - zapodałem.
- Tchórz cię obleciał! - oceniło mnie niewidoczne jury. Strunami głosowymi Maurycego.
- O kurcze, dźwięczałeś jakby z kazamatów - podkadziłem mu.
- Bo przez chusteczkę mówiłem. Po katarze. Czytałeś, kurwa, że za "pedała" można pójść w dyby albo posiedzieć razem z hrabią Monte Christo?
- Kurwa, czytałem - dostosowałem się do przyjaciela. Przez delikatność.

Po czym dowiedziałem się, że do Maurycego zadzwonił z Warszawy jego szwagier. Brat Husi ("wyjątkowe bydlę") postanowił zarejestrować się jako radca prawny i założyć firmę "Vibrator i Spółka".

- Dlaczego Vibrator, a nie Wibrator? - zaciekawiłem się.
- Bo jakby co, to po angielsku słuch Unii Europejskiej jest lepszy.
- Niegłupie, a dlaczego w ogóle wibrator?
- Bo świeca już niemodna. Widziałeś ty kiedy Palikota ze świecą?! Albo świecę w sexshopie?
- Nie wiem, nie chodzę za nią. Ale dobrze - postanowiłem upewnić się co do natury przestępstw - w czym Terlikowski uchybił czci przecudnie kochających?
- Napisał: "Jeśli prokreacja, wychowanie i wierność nie mają znaczenia w stosunkach dwóch partnerów, a celem jest tylko ich zadowolenie, to nie ma powodów, by czynić różnicę między relacją homoseksualną a zoofilską." - odpowiedział Maurycy.
Musiał czytać z kartki, bo zwyczajowe "...mać" dorzucił dopiero po ostatniej kropce.

- A za co Krauze? - zapytałem dla skompletowania dossier.
- A za to.
I tu Maurycy opisał mi rysunek:
  

- To kanalie - zdenerwał się potem w charakterze legendy do obrazka - Sami sobie pozwalają, a miłośników zwierząt traktują z pogardą.  Z taką samą, z  jaką oni są traktowani przez normalnych.
- Są i będą - dorzuciłem. - Ich poczucia wyższości nad miłością kozy do swojego pana nie rozumiem.
- Za "niezrozumienie" do pudła nie pójdziesz, ale spróbuj ogłosić, że rozumiesz! Sześć lat tiurmy, z kluczem w studni.
- Ale, kurwa, mój szwagier to bystrzak - kontynuował Maurycy. - Co powiesz kawał o Murzynach - to  jebut, kancelaria Vibrator wystąpi z pozwem.
- Co powiem o teściowych - popuściłem lejce wyobraźni - to jebut, dostanę wezwanie do sądu z pozwu Vibratora...
- i "Dumnej Podpaski" - wyszukał nazwę dla nowej kancelarii przyjaciel. - Chociaż której feministce jeszcze podpaska potrzebna?
- Jeśli była potrzebna kiedykolwiek. Zapominasz jednak o upławach.
- Nie zapominam - warknęło w słuchawce. - Mam czy nie mam Jebci za teściową.

Zapadliśmy w ciszę, płatną w sekundach.
- To na jaki temat będziemy teraz żartować? - jął deliberować Maurycy.
- Na swój własny! - wymyśliłem.  - A wtedy sam siebie oskarżę i radca Świeca wygra dla mnie proces przeciwko mnie samemu.
- Srata tata - skomentował przyjaciel. - Nie zdążysz. Jakiś chuj będzie szybszy i oskarży cię o obrazę uczuć. Z tej racji, że kocha tylko mężczyzn, a ty mężczyzną na pierwszy rzut oka jesteś, więc obrażając siebie, obraziłeś gatunek.
( Czytelnik zauważył, że zacytowałem wypowiedź przyjaciela co do litery, ale teraz, po jej zakończeniu, mogę co trzeba poprawić i zastąpić słowo chuj przez ch... . Co niniejszym czynię.)

Obaj z Maurycym zdaliśmy sobie sprawę, że następnej ciszy nie zniesiemy. 
Stąd też, kiedy nastąpiła - rozłączyliśmy się.
Wiedziałem, że przyjaciel skieruje się do barku, a potem siądzie w fotelu i - jak kiedyś Dostojewski - poklnie sobie przez godzinkę lub dwie.
Postanowiłem być solidarny i nalałem sobie na dwa palce Cragganmore.
Jak zawsze, bez lodu.

środa, 5 stycznia 2011

"Złote żniwa" i żniwo w złotych







Kiedy na wyświetlaczu zobaczyłem "Maurycy", natychmiast zamknąłem drzwi i już chciałem słownie wstąpić w stosowny klimat, kiedy uczułem na ustach niewidoczną dłoń.

Błogosławiona ręka, bo usłyszałem dziewczęcy głosik w wieku licealnym.
- Dzień dobry! - odpowiedziałem. - Czyżby tatuś uległ grypie?
- Pokusie uległ - odpowiedziało przytomnie dziecko. - Zabrał siekierę i poszedł na ryby. W walonkach.

(Ponieważ notorycznie gubię się w imionach żon i progenitury przyjaciół, to nazwę rozmówcznię "Lilka" i będę się tego trzymał. Aż do ostatniej linijki .)

- Zaraz pan zapyta, czemu zawdzięcza mój telefon - zaprezentowało dziecko przytomność umysłu i dobre maniery.
W istocie, miałem zamiar.
- Zamieniam się w słuch - odpowiedziałem i się zamieniłem.


Otóż pani w szkole nakazała dzieciom "użyć wszystkich środków internetowych, zapoznać się z najnowszą książką Jana Tomasza Grossa pt. Złote żniwa i w ciągu trzech dni wyrazić opinię w formie wypracowania". Ponieważ żadna z uroczych i szczęśliwych córek Maurycego nie miała pojęcia, że coś takiego jak "sławny historyk z Princeton" istnieje, to Lilka tout naturellement zwróciła się o pomoc do tatusia. Już chciałem zapytać, jak tatuś zareagował, ale ugryzłem się w język. Ze swojej strony Lilka musiała też się ugryźć, bo ograniczyła się do komunikatu, że tatuś nie powiedział "nie".
Maurycy miał, według córki, w komputer posłusznie stukać i coś do siebie mówić. Aż wciągnął wspomniane walonki, splunął po drodze w śnieg, i tyle go było.


Lilka, zaciekawiona tatusiową publicystyką, pozwoliła sobie zajrzeć do zbioru o nazwie ZAKAZANE PIOSENKI, w którym Maurycy miał trzymać teksty do przeczytania dopiero "po jego śmierci".
- No i teraz, proszę pana Rozpuszczalnika, chciałabym panu to tatusiowe wypracowanie przeczytać, bo boję się, że ono jest nie bardzo na temat - przedstawiło dziecko rzeczywistą genezę swojego telefonu.

Zacząłem się bać. Pomyślałem, że jeśli Lilka przeczyta na głos całość, co do literki, to jej czcigodny tatuś straci prawo do strofowania jej za słownictwo przyniesione ze szkoły. A jeśli dziewczę taktownie pewne słowa i zwroty przeskoczy, to ja nic z tekstu nie zrozumiem. Wobec powyższego poprosiłem Lilkę, żeby wysłała mi tatusiowe wypracowanie mailem.


Kiedy zacząłem lekturę dzieła "Co myślę o ostatniej książce historyka Tysiąclecia, prof. dr. hab. Jana Tomasza Żniwiarza", przypomniałem sobie, że Maurycy nałożył na komputer mocny pas cnoty i pomyślałem, że niezły jest z Lilusi hacker.


Wypracowanie przyjaciela okazało się jednocześnie na temat i nie na temat.
Z tym paradoksem - sam sobie Czytelnik za moment poradzi.
Co mnie osobiście w tekście Maurycego zaskoczyło, to fakt, że poświęcił on lapidarność i jakby to powiedzieć...  typową dla siebie jędrną bezpośredniość na rzecz narracji wyszukanej, z różnymi fiorituri, pasującymi raczej do literatury z okresu międzywojennego, kiedy to ironia jeszcze lubiła sobie posiedzieć na jedwabnej poduszce, przy firanach mieszających półświatło aluzji i półmrok tajemnicy.


A oto wypracowanie:
Pani S., miała w swojej młodości epizod kurewski. Mąż przebywał za granicą, kiedy pozwoliła sobie na grę zrazu niewinną, potem na wciąż niewinny flirt, a wreszcie na kontakt, w którym flirt przestał grać rolę główną. Odurzona pochlebstwami pewnego donżuana, pani S. bezwolnie pozwoliła mu się przenieść z lekkiego powietrza, unoszonego przez wiosenny wiatr po alejach Parku Paderewskiego, w znacznie cięższe powietrze pokoju w jedynym w mieście hotelu, o dumnej nazwie "Centralny".

Pani S. obudziła się z miłosnego amoku prędko i o własnych siłach. Po kilku dniach snucia się po domu, narzuciła sobie program dezynfekcyjny - z każdą kąpielą usuwała z ciała i duszy fizyczne i psychiczne ślady upadku, zmieniła perfumy, na wszelki wypadek powtórzyła pokutę zadaną przez jezuitę, ojca Bonawenturę, odnalazła przyjemność spacerów po nadbrzeżnym bulwarze - i wszystko zakończyłoby się mniej więcej dobrze, gdyby nie Jan Judasz G., odrzucony przez nią w przeszłości nauczyciel historii, zarabiający ostatnio na życie jako autor rubryki towarzyskiej w lokalnym dzienniku.

Bez znaczenia jest, jak redaktor G. odkrył "prawdę" - ważne jest, że postanowił on nasycić zemstą swoją duszę, a owocami zemsty kieszeń.
Nic to, że baron V., były kochanek pani S., człowiek o manierach gentlemana, wielokrotnie przysięgał, że z panią S. łączyło go wyłącznie zamiłowanie do ornitologii - Jan Judasz G. tkał swoją sieć sadystycznie, z dyscypliną księgowego-impotenta i w każdym kolejnym artykule podawał nowe szczegóły, zaspokajające w gawiedzi i w towarzystwie te same najniższe instynkty, w przypadku towarzystwa ubrane w tiule, szyfony i woalki.

Pani S. zdawała sobie sprawę, że dni, a w najlepszym razie tygodnie, dzielą ją od towarzyskiej kompromitacji. A kiedy ostatecznie do niej doszło, przestała wychodzić z domu i popadła w otępienie, którego ciężka zasłona uchylała się tylko na widok przynoszonych przez służącą ciastek.


W świetle kodeksu Boziewicza, Jan Judasz G. - głównie z racji swojego niearyjskiego pochodzenia - nie mógł być przez barona V. wyzwany i uczciwie zabity. Sfrustrowany tym baron dwukrotnie obił go laską, ale nic nie było w stanie zatrzymać bydlaka w drodze do sukcesu medialnego i finansowego. Redaktor na tyle ubarwiał swoje artykuły opisami perwersji i ozdabiał mało ostrymi, za to śmiałymi fotografiami, że romansem pani S. zainteresowały się najpierw stołeczne pisma brukowe, a w końcu znane wydawnictwo "KIELNIA I CYRKIEL". Pozwoliło to Janowi Judaszowi kupić luksusowe mieszkanie i kąpać się z panienkami o różnych kolorach skóry.



Jak się ta cała historia skończyła?
Sukces Jana Judasza G. trwał jeszcze przez parę lat. Aż któregoś jesiennego dnia wpadł on pod tramwaj i zakończył swoje niecne życie banalnie, jak jakiś łopian, podeptany przez stado kóz.
Znam kogoś, kto utrzymuje, że 10 metrów bieżących jego, jeśli tak można powiedzieć, śmiertelnego łoża, śmierdzi nawet po gwałtownych deszczach. A rosnąca między szynami trawa pozostaje żółta bez względu na porę roku.
A pani S.? Jej mąż okazał się człowiekiem nadzwyczajnym. Oboje, podobno szczęśliwi, mieszkają gdzieś w Ameryce Południowej.

Teraz, kiedy swoją opowieść skończyłem, myślę, że nie była to historia "lubieżnej dziwki", jak ją prywatnie określał Jan Judasz G., tylko historia jego samego. Historia dziennikarskiej kurwy, utrzymującej się z literackiej prostytucji. Wszak kurwa, to charakter, a prostytucja - jedynie zawód.
Jak dobrze, że nie kazałem dziecku czytać.
Teraz wypadało zadzwonić.


- Rzeczywiście, wypracowanie tatusia na temat nie jest - oświadczyłem dziecku.
- Jeśli i pan tak uważa - westchnęła Lilka.
- To znaczy - zacząłem się plątać - trochę na temat jest i trochę nie jest. Pokazać go jednak swojej polonistce nie możesz. Chyba, że chciałabyś zmienić szkołę. O, mam pomysł - poproś, żeby ci pomogła babcia. Ona w tej materii będzie jeszcze lepsza od zaproszonych przez Tomasza Lisa gości. Nauczycielka będzie zachwycona, a ty zwymiotujesz dopiero, kiedy dorośniesz.


Palnąłem, ale dziecko wydawało się zaaferowane sytuacją i nie skojarzyło.
Wystarczy, że mnie zemdliło. Czytelnik, który pamięta, co wcześniej pisałem o Jebci, teściowej Maurycego - zrozumie.




A ja zająłem się swoimi sprawami.
Z nadzieją, że wyrąbywanie przerębli nieco przyjaciela schłodzi. W przeciwnym razie, jeśli podsunie którejś z córek swoje kolejne złote myśli na temat następnej złotej powieści "historyka Tysiąclecia" - to mu Ministerstwo Miłości odbierze nie tylko dzieci.

czwartek, 4 listopada 2010

Ser szwajcarski, francuski i oscypek

Co nam doskwiera, w języku Moliera (1)

Zadzwonił do mnie mój krewki przyjaciel Maurycy. Nie od razu, ale przeczucie miałem już od rana.
Niebo za oknem było zgodne z tradycją, tj. odpowiadało temu, co Francuzi nazywają la grisaille parisienne, a co dałoby się przetłumaczyć na "szarzyznę paryską", gdyby szarzyzna mogła wyłącznie oznaczać przymgloną wilgotnawą szarość.


Oddaliłem dzieci w różnych kierunkach, zależnie od wieku, przygotowałem sobie drugą kawę i zadbałem o poprawne światło na pierwszej stronie najnowszego numeru Minute, z 3 listopada 2010.


Ujrzałem twarz Oskara Freysingera i wielki tytuł:
LES IRREDUCTIBLES GAULOIS, C'EST NOUS LES SUISSES, czyli "NIEZWYCIĘŻENI GALOWIE, TO MY SZWAJCARZY". Błysnęło mi w głowie, że Asterix płaci teraz podatki w Genewie i dokonałem skoku na drugą stronę, na której – w wywiadzie udzielonym Patrickowi Cousteau - 50 letni deputowany UDC (Narodowej Unii Centrum, pierwszej aktualnie formacji politycznej konfederacji szwajacarskiej) dowodzi, że "kluczem do odblokowania systemu jest demokracja bezpośrednia".
- A ty paskudny populisto! – obrzuciłem go wyzwiskiem w imieniu światowej lewicy i jej użytecznych matołków.


W miarę jak czytałem, coraz bardziej cieszyłem się z posiadania włosów, bo miało mi co stawać na głowie.
Otóż Oskar Freysinger:
  • był bohaterem referendum "NIE dla minaretów",
  • energicznie popiera odsyłanie do siebie kryminalistów pochodzenia zagranicznego,
  • jest "antyliberałem", narodowcem i humanistą,
  • jest porównywany do Wilhelma Tella (chociaż sam wolałby aluzje do Asterixa),
  • jest odpowiedzialny za afisze w rodzaju "Ivan S., gwałciciel, wkrótce Szwajcar",
  • ma czelność ujawnić, że 70 procent wszystkich przestępstw w Szwajcarii jest dziełem obcokrajowców,
  • uważa, że przystąpienie Szwajcarii do układu z Schengen było nieporozumieniem, w wyniku którego w kraju grasują bandy murzyńskie i arabskie, Albańczycy doskonalą techniki handlu ludźmi, prostytutkami, hazardem i bronią, Nigeryjczycy specjalizują się w narkotykach, itd., a wszyscy razem mają w nosie jakąkolwiek asymilację,
  • stwierdza, że islam nie da się zharmonizować z cywilizacją europejską, a fatwy fruwają w powietrzu i lądują nie tyle na stawiających opór chrześcijanach i laikach, co na tych wyznawcach Allacha, którym do kędzierzawych głów przyszła ochota na głębszą integrację, ...


W tym momencie musiałem przerwać kolekcjonowanie filozoficznych i politycznych przestępstw Freysingera, bo rozdarł się dzwonek.
- Dziękuję, wszystko w porządku – zainicjowałem dialog, pamiętając że ostatnio Maurycy nie był w ogóle ciekawy, jak mi leci.
 - O nic nie pytałem – zabrzmiał głos ciężki od elektryczności. - A propos, ça va?
 Nie zdążyłem udzielić gwarancji w kwestii samopoczucia całej rodziny, bo Maurycy przyśpieszył bez zmiany biegu:
 - Minute sobie czytam i jestem kurwa zły, bo Jebcię gdzieś wywiało i nie mam kogo udusić.


Przypomnę Czytelnikowi, że "Jebcia" w słowniku przyjaciela oznacza jego teściową o bujnym życiu i kupie "partnerów", z których jeden (lub więcej) musiał być ojcem Husi, niczego nieświadomej i wychowanej przez instytucję opiekuńczą. Przypomnę również, że Maurycy jest autorem poglądu, że "należy wytopić wszystkie baby po czerdziestce", który to pogląd podzielam tylko częściowo; ja również zdaję sobie sprawę z faktu, że statystyczna Matka Polka na grubo przed pięćdziesiątką już wie wszystko i bardzo głośno dzieli się tym przekonaniem na wszystkich forach oraz we wszelkich innych okolicznościach, wyjąwszy brzeg rzeki podczas burzy z piorunami i gradobiciem, kiedy to jej mąż może na chwilę pozostać sam (sam na sam z wędką).
- Co cię zaimpresjonowało? – zagaduję prowokująco grzecznie (świnia jestem co nieco, podpuszczając przyjaciela, ale to dla dobra Czytelnika, głodnego zwrotów przystających do rzeczywistości).
- Hervé Morin, to ci coś mówi? - pyta mnie Maurycy, jakby miał do czynienia z Pigmejem, któremu nad lasem jeszcze nigdy nie przeleciał samolot.
- Nasz aktualny minister obrony – odpowiadam, po części z myślą o Czytelniku, który nie wie (bo skąd), że obaj z Maurycym mamy ojczyznę-matkę (Polskę) i ojczyznę-żonę (Francję).
- A czytałeś, jak się minister porwał nagle na samodzielność i, w niezgodzie z aktualną wizją rządu, obwieścił, że "Społeczństwo francuskie uległo głębokim zmianom i muszę was nie bez przykrości zawiadomić, że ono już nie jest wyłącznie białe, wiejskie i chrześcijańskie. Życzyłbym sobie, żeby nie mówić więcej o Francuzach wywodzących się z imigracji, tylko o Francuzach spadkobiercach imigracji, ponieważ są oni nosicielami dziedzictwa, będącego dla naszego narodu bogactwem."?
- "A jeśli my wolimy pozostać biedni..." – odpowiedziałem słowami redaktora Minute.


Zamilkłem, a i Maurycy poświęcił  chwilę na milczenie. Jakby chciał dać Historii czas na zanotowanie akcji i reakcji.


- A wiesz, że minister spraw wewnętrznych, Brice Hortefeux,  ma chęć odbierać obywatelstwo poligamom? - podjął po minucie ciszy (po 10 sekundach, dla porządku).
- A na to Marine Le Pen, jak się nie wydrze: "Tak? A gwałcicieli trzymamy? A ci, co torturują dzieci, zachowają obywatelstwo? Tak samo jak ci, co dają starym do połknięcia sodę kaustyczną?" – dokończyłem, żeby pokazać, że jestem au courant.


Maurycy postanowił nie przerywać licytacji:
- A jak Kouchner, minister spraw zagranicznych, zaczął po aferze z Romami skowyczeć: "Można stwierdzić w odniesieniu do tej populacji ucisk, a nawet niewolnictwo. I to mnie wcale nie bawi. Składając dymisję – pomyślałem sobie - postąpiłbym roztropnie. Ale moje niezadowolenie zderzyło się z realiami", to Rozpuszczalnik słyszał?
- Słyszał – odparłem. - Na co redaktor Minute jeszcze roztropniej zauważył, że te "realia", z którymi Kouchner się zderzył, to samochód służbowy, uczty na koszt podatnika, podróże w pierwszej klasie i wysokie stanowisko dla żoneczki.
- Kurwa - podsumował Maurycy.
- ... mać! - dodałem wstrzemięźliwiej.


- Muszę kończyć – zadeklarował nagle przyjaciel. Gardłowo jakby.
- Jeśli nie masz kogo wysłać po nocnik, mogę poczekać – wyrwało mi się.
- Bardzo śmieszne! - nie docenił żartu Maurycy. - Do drzwi dzwoni. Jeśli to dzieci, to nie dam im marznąć, a jeśli to Jebcia, to odwiedź mnie czasem w więzieniu.


Przyjaciel odłożył słuchawkę. A ja pomyślałem, że może to i lepiej, jeśli zawiesimy męczenie Czytelnika natłokiem wrażeń, od których on jest na szczęście jest jeszcze prawie wolny.
Niech jednak Czytelnik nie myśli , że mu się upiecze. Zwłaszcza, że różnym durniom w kraju marzy się to wspomniane przez Hervé Morina pozaeuropejskie "bogactwo".


Aha, w tytule figuruje oscypek.
W istocie, zanim zadzwonił Maurycy, zatrzymałem oko na trasmitowanym przez TVP POLONIA porannym programie "Bity konik towarzyski".
W rzeczywistości była to "Bita śmietanka towarzyska", ale uważam swoją nazwę za bardziej adekwatną.
I niech mi oscypek wybaczy, że go w to mieszam.
Bo też co mam zrobić? Zamienić go na serek biały homogenizowany?

piątek, 24 września 2010

Proces Joanny N.

   



Zadzwonił do mnie mój krewki przyjaciel Maurycy.
Sprawdziłem, czy nie pętają się w pobliżu jakieś dzieci. Zwłaszcza moje. Podniosłem nawet kota, ale pomyślałem, że śpi i niczego nie zrozumie.


- O procesie Joasi Najfeld słyszałeś? - bez wstępu przeegzaminował moje bycie au courant Maurycy.
- Jestem na bieżąco od samego początku - pochwaliłem się, niezdziwiony bynajmniej familiarnością przyjaciela, znanego z czułości na dobro.
- A czy znasz choćby jedną Wandę, która nie byłaby popierdolona? - rozdarł się Maurycy. Tak głośno, że gdybym nawet chciał wykropkować ostatnie kompromitujące słowo, to i tak każdy by je usłyszał.
- Znam - zakomunikowałem na wszelki wypadek.
        


W słuchawce dała się słyszeć niedowierzająca cisza. Przyjaciel postanowił dać mojej pamięci szansę.

- Imię chyba wymyślił Wincenty Kadłubek - zacząłem ostrożnie. - Była taka, co nie chciała Niemca...
- Ciepło, ciepło - wykrzyknął Maurycy. - A teraz wszystkie chcą! A jakbyś skoczył na NONSENSOPEDIĘ, to byś sobie przeczytał, że

" Wanda to żeńska forma wandala. Każda, absolutnie każda Wanda pali, pije i bije każdego, kto jej wpadnie pod rękę. Idąc ulicą nie może się powstrzymać, żeby nie rzucić kamieniem w jakąś szybę, albo kopnąć jakiegoś pana, nawet pod groźbą spocenia się. "

- Do rzeczy, Maurycy - postanowiłem wstawić rozmowę na tory. Joanna Najfeld powiedziała w dyskusji telewizyjnej, twarzą w twarz, że "Organizacja pani Nowickiej jest częścią międzynarodowego koncernu, największego w ogóle, providerów aborcji i antykoncepcji. Pani po prostu jest na liście płac tego przemysłu". A Wanda ...
- A Wanda N. - wskoczył Maurycy, jakby nie chciał usłyszeć całego nazwiska - zamiast przytaknąć, poleciała do sądu.
- A Wanda N.(1) - przyjąłem konwencję - mogła publicznie zaprzeczyć i oświadczyć, że 100 000 funtów, to nie płaca, tylko nagroda, etc. 
Skorzystałem z faktu, że w telefonie zaczęło sapać, i przystąpiłem do wyrażenia chybotliwej nadziei, że niezawisły sąd będzie niezawisły i że żądająca tajności rozprawy Nowicka wreszcie się przed nim stawi (2).


Nie danym mi jednak było wyjść poza pierwszy, pogrubiony akustycznie przymiotnik "niezawisły", bowiem Maurycy przystąpił do monologu na temat oskarżycielki "Wandy N." i uprawianej przez nią działalności.
Próbowałem mu przerwać, krzycząc rozpaczliwie, że "tyle uwagi dla tej … no … niewiasty - to za dużo zaszczytu", itp., ale przyjaciel nie dawał się zbić z nóg i obciążał kanał telefoniczny słowami i wyrażeniami tego rodzaju, że teraz, kiedy naszą rozmowę relacjonuję, nie potrafię wyłowić z jego wypowiedzi choćby jednego słowa, które dałoby się zacytować. Nawet słowa "mać", które Maurycy prawdopodobnie uznał za zbyt uprzejme.


- A na blogu - zakończył przyjaciel - ma być wszystko, co powiedziałem. Albo, kurwa, nic!
 
Odprawiłem żonę z kawą i poprosiłem o whisky. Trzeba się było zastanowić. Najłatwiej byłoby zrezygnować z raportowania, ale jak tu kapitulować, jeśli samemu myśli się to samo. Tyle, że bez licencji na wolność wyboru formy.


W końcu się postawiłem i oświadczyłem Maurycemu, że dać świadectwa jego poglądom w formie literackiej nie mogę, ale postaram się jego opinie ukazać graficznie, siejąc pêle-mêle różne obrazki.
- Czytelnik nie bałwan, podrapie się po tonsurce i się w naszych poglądach połapie! - założyłem optymistycznie, myślac o "młodym, prężnym, stawiającym sobie za cel dobro kobiety feminizmie" i  wszelkich "ruchach proaborcyjnych".


Odpowiedziała mi cisza.
Zrobiło się niewyraźnie. Ani fotografie ani rysunki nie oddadzą ciężaru gatunkowego i urody sformułowań Maurycego, ale każda rzecz ma swoją cenę. Co oznacza, że nie pozostaje mi, jak oddać się w ręce Czytelnika. W klasycznej dla rozmów z Maurycym atmosferze subtelności uczuć, sięgającej rozczulenia. Prowokującej niejednokrotnie rzewność generalną.






















 
* * *








"Lewica rozpaliła stosy", powiedziała Pani Joanna Najfeld na swoim blogu.
 "Opali sobie rzęsy", dopowiadam ja, na swoim. 













________________________________________________


(1) nauczycielka łaciny Wanda Nowicka,

Stowarzyszenie na rzecz Państwa Neutralnego Światopoglądowo Neutrum,
Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny,
ASTRA (Central and Eastern European Women’s Network for Sexual and Reproductive Health and Rights),
Development and Research Training in Human Reproduction Programme,
Steering Committee HERA (Health, Empowerment, Rights Accountability),


(Wikipedia: "współpracowała z holenderską Fundacją Kobiety na falach i koordynowała udział organizacji polskich w wizycie statku Langenort pełniącego rolę gabinetu aborcyjnego we Władysławowie")


laureatka polskiej edycji konkursu Kobieta Europy,
laureatka Tęczowego Lauru,
2005 : nagroda 100 000 funtów od Fundacji Sigrid Rausing dla sieci ASTRA za wyróżniające się przywództwo,
2008 : "prestiżowa" Nagroda Uniwersytetu na Wygnaniu (University-In-Exile Award) od nowojorskiego uniwersytetu New School for Social Research (ustanowiona w celu uhonorowania osób i instytucji wspierających rozwój demokracji i praw człowieka).


(2) Pierwsze posiedzenie rozprawy głównej wyznaczone zostało na dzień 13. stycznia 2010. Rozprawa na wniosek oskarżycielki została utajniona (sic!) a następnie odroczona do 23. lutego 2010.
23. lutego 2010 rozprawa została ponownie odroczona, do 29. marca 2010. Wanda Nowicka nie stawiła się w sądzie.
29.03.2010: Szóste posiedzenie, piąte odroczenie… Rozprawa główna została ponownie odroczona, tym razem do 24. maja. To już trzecie odroczenie rozprawy głównej, piąte w ogóle w tej sprawie.
24.05.2010 bez niespodzianek. Rozprawa została po raz kolejny odroczona, tym razem na dzień 19 lipca 2010. Jej przebieg pozostaje tajny (na życzenie oskarżycielki Wandy Nowickiej).
(za Prawica.net)